Rozmowy niedokończone

Jak zdążyliście już pewnie zauważyć, pewna część naszych artykułów bazuje na archiwalnych wywiadach, których przed laty udzielił syn Tadeusza Tabenckiego, Wacław. Ich treść bardzo często zahacza o tematy związane z jego młodością, samochodami, którymi jeździł w przeszłości czy historie związane z kolekcją jego ojca, która chcąc nie chcąc - była nieodłącznym elementem jego życia. Choć zazwyczaj nie są to wpisy wypełnione po brzegi radosnymi anegdotami – chcemy się z Wami nimi dzielić, abyście jak najlepiej mogli poznać osoby, które uczestniczyły w życiu grodziskiego kolekcjonera.

Poniższe tekst opublikowaliśmy tutaj dzięki pomocy Mieczysława Płocicy – pasjonata motoryzacji i aktualnego właściciela dobrze Wam znanej Jagi, który kilka lat temu miał okazję poznać Wacława Tabenckiego.

Wacław Tabencki - notatki z rozmów, rok 2015/2016, Mieczysław Płocica:

WT: Jaga jeszcze istnieje, ale bez maski i nie ma kół, wrak.

WT: Byłem początkującym dziennikarzem w WKiŁ [Wydawnictwa Komunikacji i Łączności] jak poznałem bezpośrednio Słodowego [konstruktora Jagi], potem pracowałem w „Motorze”. A przed tym Antoni Jakubowski zrobił SAM-a z silnikiem DKW 500. Autor jeszcze żyje.

WT: Mój ojciec do mniej więcej 1954 roku działał na terenie Krakowa, Automobilklubu Krakowskiego. A należał do Warszawskiego. Byli bliżsi koledzy z Zasadą, ale Zasada był młodszy i lepiej jeździł, bo jak pani Ewa, później żona, stała na wirażu to jechał ile się dało, a później to już był ostrożniejszy.

MP: Czy Pana ojciec rewindykował auta z Zachodu po wojnie? Takie opowieści krążą...

WT: To wszystko nazmyślane jakieś farmazony. Mój ojciec nawet do partii nie należał. A że napisali to wie pan, jak rozkradają [auta z działek] to trzeba opinię negatywną zrobić, żeby poszkodowanego potępić psychicznie. Ojciec miał do czynienia z wytwórnią filmową niemiecką, jak kręcono film o mistrzach kierownicy a Muzeum Techniki... Mercedes 163 srebrna strzała... jeszcze przed Jerzym Jasiukiem... Czesław Ługowski był dyrektorem, ja wiedziałem o nich, bo pracowałem później w tygodniku „Przegląd Techniczny”, to jest najstarsze czasopismo techniczne na świecie. A Muzeum Techniki to poza moim ojcem, który przekazywał tam do nich jakieś zbiory... adaptery... jako czyn społeczny co miał zdublowane... I ta wytwórnia niemiecka wypożyczała tego Mercedesa przez Film Polski i Ministerstwo Kultury, do filmu o mistrzach kierownicy, Rosemayer czy Stuck... Był synem tramwajarza... Mój ojciec był merytorycznym opiekunem wypożyczenia tego Mercedesa z ramienia polskiego ministerstwa, żeby ktoś miał oko na ten samochód. On [samochód] nie jeździł, bo miał tylko felgi, a nie było takich opon. Ale jeździły koło niego Bugatti i inne, bo to było niby odtwarzanie tamtego czasu. A niektórzy głupoty opowiadają, mój bliski znajomy, Pan Esse [Andrzej Esse], opisał u Jerzego Kossowskiego w Automobiliście jak to ojca Mercedes 163 stał na Ochocie na parkingu za siatką, takie farmazony, że on jak przechodził za tą siatką to widział Mercedesa Tabenckiego. Co o tyle było prawdą, że samochód był Muzeum Techniki, albo tego ministerstwa. Tabencki był merytorycznym opiekunem. I po co rzucać światło negatywne. I ten pisze, że chciał usiąść w tym samochodzie i piwo postawił tym, co pilnowali przy tym akademiku na Narutowicza i poszedł i wsiadł sobie i kierownicą kręcił. Ja mu później mówię czemu takie głupoty pisze, bo do 163 nie dało się wsiąść, trzeba było najpierw zdjąć kierownicę. A tak by ktoś ukradł [czyli była zamontowana na stałe?].

Od Tabencki-collection.pl: Możliwe, że w tym przypadku Pan Wacław miał na myśli Mercedesa W125, który w 1968 roku został sprzedany w ręce Colina Crabbe z Wielkiej Brytanii. Wbrew przeróżnym doniesieniom o jego "cudownym" odnalezieniu w Niemczech, prawda jest zgoła inna. Ta wyjątkowa wyścigówka została przetransportowana za zachodnią granicę Polski pod pretekstem realizacji zdjęć do filmu zatytułowanego jako "Kierowca wyścigowy - syn tramwajarza". O samej produkcji filmowej wspominano nawet na łamach jednej z warszawskich gazet. Do dziś nie jest do końca pewne czy była to „podpucha idealna” czy jednak coś innego. Jak często mawiał Tadeusz Tabencki: "Był to wyjazd samochodu na wieczną wystawę, z której część jego zbiorów nigdy nie wracała"... Historia Srebrnej Strzały na pewno zostanie jeszcze poruszona na naszej stronie.

WT: Mieliśmy z ojcem Dodge 3/4 [terenówka] i pojechaliśmy na jakiś rajd, taką gymkhanę, w latach czterdziestych. Było to organizowane, żeby się coś działo, Willysami jechali i co kto miał. Miałem 11 czy tam 15 lat, nie podchodziłem do tego merytorycznie.

WT: Bugatkę ojciec trzymał na rogu Al. Jerozolimskich i Chałubińskiego w garażach drewnianych, gdzie teraz stoi ten... Marriott hotel... tam były parterowe budy, kolejka EKD dojeżdżała do tej ulicy... Nowogrodzkiej... przy równoległej do Alej Jerozolimskich... na Chałubińskiego było Ministerstwo Komunikacji... i ojciec tam bugatkę trzymał, bo nie bardzo miał gdzie, mieszkał wtedy na ulicy Topiel w Śródmieściu Warszawy, zburzonej, w jednym pokoju... sublokatorsko... I tam stał Mikrus [Mikrus to koniec lat pięćdziesiątych!]. Ja miałem kluczyk [do tej budy], bo tam motory trzymałem, miałem znajomą na Pradze i wziąłem ojca Mikrusa, podjechałem po nią, bo do kina mieliśmy iść i nie zwolniłem hamulca ręcznego, myślę co on tak nie idzie. A była zima, moja znajoma ubrana, wytapirowana, ja w garniturze, wsiadamy do samochodu, uruchamiam, dodaję gazu, a samochód stoi. Myślałem, że koła buksują, ona wyszła i mówię popatrz, które koło się kręci. Ona mówi, że obydwa stoją, okazało się, że zapiekły się obydwa hamulce i nawet obie felgi zmieniły kolor.

WT: Ja byłem współzałożycielem 15 lat temu Klubu Miłośników Piór Wiecznych. Każdy z współżałożycieli był zobowiązany do napisania jakiejś historii. Mojego kolegi ojciec miał przedwojennego Pelikana, a ja jak maturę pisałem to marzyłem o takim Pelikanie. A ponieważ zawsze miałem technikę w rękach, zrobiłem sam projektor filmowy na korbkę. A ojciec tego kolegi miał filmy. I tuż przed maturą zamieniliśmy się, on mi dał pióro, a ja mu dałem projektor, to było na dwa dni przed pisemną maturą. I na maturze tylko to pióro oglądałem, co napisałem półtora zdania to odkręcam nakrętkę, aż mi ktoś z komisji przyszedł i mówi: kończ bo się kończy termin, mało co zdążyłem napisać.

WT: Ojciec przed wojną skończył szkołę szybowcową, mieliśmy wypadek, w kartoflisku wylądował w końcu, i po wojnie miał co ileś lat jakieś przeszkolenia, czymś wojskowym latał...

WT: Wszystkie te samochody, te wraki [na działkach] to na własnych kołach przyjechały, niektóre w perfekcyjnym stanie. MG żółte mojej żony. A dzisiaj jest wrakowisko. Odezwali się ci.... [z teatru lub opery] nieporozumienie nastąpiło, chociaż ja wyraźnie zaznaczyłem, że... ten scenarzysta... mam zdjęcia od nich, samochodów, które wybrali... oni chcieli kupić, a ja nie mogę sprzedać, tylko mogę wypożyczyć, za ewentualnie jakieś pieniądze, ale sprzedać nie mogę, bo formalności są niezałatwione. Jakbym mógł sprzedać wraki, to też mógłbym [wcześniej] sprzedać samochody.

WT: Zostało podwozie z nadwoziem Alfy Romeo 6C 2500 aerodynamicznej, i silnik, bo skrzyni nie ma i koła ukradziono. To ma wartość koło 300 tys. euro. Rzadki model.

MP: U Pana na placu? Niemożliwe.

WT: Nie, nie na placu. W innym miejscu. A drugi... bo były dwa i do dwóch mam dokumenty i tak dalej... Ojciec [ten drugi samochód] u kogoś trzymał, a nie wiem u kogo, to przepadło...

Tekst: Mieczysław Płocica / Marcin Zachariasz

Zdjęcia: Archiwum autorów strony, Jerzy i Elżbieta Wawrzyńscy, Krzysztof Werkowicz, Zasada.pl, Wikipedia.org, Velocetoday.com