Historia pewnego MG

Jak wiecie staramy się docierać do ludzi, którzy pamiętają Tadeusza Tabenckiego. Docieramy do nich i rozmawiamy, słuchamy wspomnień pomieszanych z anegdotami... Docieramy też do niemych świadków tej historii czyli do samochodów. Samochodów, które zostały wystawione na próbę czasu. Rozmawiałem dziś z MG MGB, które stało do samego końca w jednym z garaży. Znacie go z wielu fotorelacji udostępnianych w Internecie...

Może na początek parę suchych faktów o samym samochodzie. Model MGB jest ikoną brytyjskiej motoryzacji. Produkowany był nieprzerwanie od 1962 do 1980 roku. Najbardziej klasycznymi odmianami było trzydrzwiowe coupé jak i dwudrzwiowa wersja cabrio. Wersja z otwartym nadwoziem cechowała się dosyć miękkim zawieszeniem oraz silnikiem o pojemności 1.8 Litra zapewniającym doskonałą dynamikę jazdy. Samochód dysponował popularną, czterobiegową skrzynią manualną lub trzybiegowym automatem Borg-Warner 35, który dostępny był tylko na rynek brytyjski.

Ważnym momentem w dziejach modelu było wprowadzenie II serii w 1968 roku. Samochód musiał spełniać wszystkie ówczesne wymogi bezpieczeństwa przestrzegane w USA. Zmiany obejmowały montaż bezpieczniejszej deski rozdzielczej oraz skuteczniejszych dwuobwodowych hamulców. W późniejszych latach niewielki roadster został wyposażony w masywniejsze zderzaki oraz nieco inne reflektory. Pomimo przybywających z roku na rok zmian – całokształt wciąż mocno czerpał z lat sześćdziesiątych.

Samochody te były bardzo popularne, również ze względu na swoją cenę i nie tak duże koszty utrzymania. MGB często poruszali się celebryci, znane twarze kina jak i gwiazdy sportu. W cieplejszych rejonach takich jak południe Francji, zauważyć można było niezwykle ciekawe odmiany takie jak hardtop z wkomponowanymi w dach, niewielkimi oknami oraz stylowe coupé, które na swoim wyposażeniu miało wygodny w obsłudze falldach. Niezwykle praktycznym dodatkiem akcesoryjnym był jakże elegancki bagażnik na tylną klapę, dzięki któremu większe gabarytowo walizki nie musiały być upychane w niewielkiej przestrzeni bagażowej wozu.

Łącznie wszystkich egzemplarzy dzielących swoją konstrukcję z MGB wyprodukowano aż 523 836 sztuk. Ostatnie próby wskrzeszenia legendy przypadły na początek lat dziewięćdziesiątych, kiedy na drogi wyjechał oparty na legendarnej maszynie MG RV8. Ostatecznie wóz został zastąpiony MG F w 1995 roku.

Wróćmy jednak do egzemplarza, o którym zaczęliśmy pisać na początku. Auto było kiedyś białe, ale do Tadeusza trafiło już jako żółte. Samochód był sprawny i służył na co dzień rodzinie Tabenckich. Był dość często widywany na Warszawskich ulicach w latach osiemdziesiątych. Po śmierci właściciela samochód całkowicie kompletny został przewieziony w inne miejsce wraz z kilkoma autami by nie narażać ich na pojawiające się już akty kradzieży i wandalizmu. Niestety po pewnym czasie samochody wróciły na rodzimą działkę i zostały zamknięte w jednym z garaży. Zamknięcie było skuteczne – rygle i kłódki dzielnie odpierały zapędy włamywaczy, ale…. Pewnego dnia bezpieczne schronienie przestało być azylem. Pamiętacie Matrę Bagheerę? Czerwony, francuski wóz w niemalże idealnym stanie. To właśnie nad Matrą złodzieje zrobili ogromną dziurę w dachu. Tamtędy weszli do środka i zaczęli grabić wszelkie detale, które dało się wytargać na dach. Los Matry był już przesądzony – stała się rusztowaniem i drabiną co bardzo szybko zniszczyło to piękne sportowe auto.

Aby uzmysłowić sobie zakres szkód poczynionych przez warunku atmosferyczne oraz wandali, możecie rzucić okiem na skromną wideoprezentację legendarnego MG MGB:

Dlaczego moment zrobienia otworu w dachu tak zapadł w pamięć naszemu MGB? Bo od tego momentu w garażu zrobiła się sauna. Deszcze lały się do wnętrza pomieszczenia a bezlitosne słońce podnosiło później temperaturę i powodowało parowanie wody, później znowu padał deszcz i cały proces powtarzał się wielokrotnie. Korozja w tych warunkach szalała na dobre. Wszystkie auta oraz nasz bohater rdzewiały w trybie błyskawicznym. Dzieła dodatkowo dopełniali złodzieje… a nawet nie złodzieje, tylkowandale. MG miał chromowane trójkąciki w drzwiach - zostały one wyłamane bez chęci pozyskania ich na części. Zawiasy maski nie zostały odkręcone, a obcięte w połowie. MG patrzyło jak osoby siekierami próbują odrąbać części z czerwonego Porsche 911… Musiały to być koszmarne widoki.

MG zostało na placu boju do końca. Gdy działka była już opróżniana z pozostałości, syn Pana Tadeusza rozdał kilka wraków osobom, które nie pozwoliły by pojechały na złom. Tak uchował się nasz bohater. Dziś nie przedstawia żadnej wartości. Jest jedynie smutnym pomnikiem po okazałej kolekcji. Nidy nie powróci na drogi, a jego brytyjskie serce już nigdy nie zabije. Nigdy już sześćdziesięcioszprychowe koła nie powiozą go po Nowym Świecie, ale…. Wiecie co? Cały czas wzbudza sympatię. Może to przez ten kanarkowy kolor? Może przez współczucie? Pasjonat motoryzacji ma ochotę go przytulić, pogłaskać po błotniku i powiedzieć „ wszystko będzie dobrze” mimo że w głębi serca wie, ze nie będzie.

Kończymy dość smutno, ale… może kiedyś jeszcze MG uśmiechnie się do Was przez swoje rdzawe łzy? Pozdrawiamy Was z nadzieją, że za jakiś czas porozmawiamy jeszcze z jakimś samochodem. O ile nie zamkną nas w psychiatryku do tego czasu 😉

Tekst: Grzegorz Wieczorek / Marcin Zachariasz / Bartłomiej Ślusarek

Zdjęcia: Marcin Wieczorek / Bartłomiej Ślusarek / Marcin Zachariasz